Naklęłam się wczoraj, oj naklęłam!
Zachciało mi się jasnej wykładziny do pokoju Agaciny, to mam!
Już pierwszą taką kupiliśmy do pokoiku w domku na wsi, kiedy to wiłam gniazdo z sześciomiesięczną Agatką w brzuchu. Tutaj też taka mi się wymarzyła. Przede wszystkim miała ogrzewać bose stópki zimą, bo Agacina w kapciach nienawidzi chodzić, to dla niej kara. A po drugie bardzo podobają mi się pokoje z jasnymi wykładzinami. To była świetna alternatywa dla brzydkich paneli w jej pokoju. A panele wymieniać w wynajmowanym mieszkaniu to byłaby lekka paranoja i nonsens. Tak więc jest moja wymarzona wykładzina. Jasna... w kolorowe plamy.Tak, tak. Przeszła "małą" metamorfozę. Lekki tuning. Make up. Zwał jak zwał. Cho-le-ra!!! o.O !!!Farby SIĘ wylały. Plakatowe. Podczas pracy twórczej Agaciny. Czarna i żółta. Te farby to jakieś nieporozumienie jest. Żeby AŻ tak wżerać się w tkaniny? Pewnie gdybym chciała aby zostały to by się sprało całkowicie, ale jeśli chcę wyprać to się nie da! Wszystko poszło w ruch. Proszki, płyny, wybielacze, mydła, pasta do zębów, nawet cif!!! Plamy z małych kleksów długości około 3-4 centymetrów rozrosły się tworząc mozaikę na około 40 cm2!!!Wierzcie czy nie, dwie godziny szorowania, w tym z dwadzieścia minut intensywnego tarcia szczotą rękami męża. Żółty tak się wgryzł, że nie ma z nim szans. a czarne zmieniło dywan w szare.I tak kipiąc jak gorący wrzątek, klęcząc nad plamą i ścierając pot z czoła biłam się z myślami, w którym momencie popełniłam błąd- kupując taką wykładzinę czy dając Agatce malować w pokoju.I klęłam w myślach na wszystkich dookoła.Bo cóż mi pozostało?Zawsze można winić dziecko, które jeszcze jest na tyle małe i nie rozumne, że zdarzyło mu się wylać te nieszczęsne farby. Zawsze można zabrać wszystkie kredy, farby, kleje, plasteliny i sprawić, by moje dziecko zapomniało o ich istnieniu dopóki nie wydorośleje(...?), a ja będę mogła spokojnie żyć bez kolorowych "wpadek". Mogę złapać ją na smycz i zawinąć wszystko w folię, bo zawsze może zdarzyć się inna niespodziewana akcja (z przerażeniem wspominam, jak jako pięcioletnie dziecko wypaliłam w wykładzinie w swoim pokoju dziurę, bo zrobiłam ognisko z papierów nadartych na pokrywkę od słoika o.O!). Można winić, krzyczeć, karać. Ale za co? To przecież tylko dziecko. Wystarczy pomyśleć nieco wcześniej i zaprosić dziecko do malowania przy stole kuchennym. Ale najpierw trzeba pomyśleć ;) Ale ja jestem prostym człowiekiem i uczę się na błędach. Zazwyczaj na swoich. Wczorajsze dwie godziny wgryzły mi się w pamięć jak te potworne farby w dywan. Zapamiętam. Wy też zapamiętajcie. Uczcie się na moich błędach ;)Soda oczyszczona nieco złagodziła moje nerwy, ale plam zupełnie nie usunęła.
Stało się. Trudno, czas przyjąć na klatę i przyzwyczaić się, do niespodziewanych kolorów w pokoju...
Czy kupiłabym drugi raz taką wykładzinę do pokoju dziecka? Pewnie! Ale od dziś pudełko z farbami i mazakami stoi w kuchni ;P