Czy to jest uleczalne? Czy kiedyś wyzbędę się tej dręczącej mnie myśli "dla mnie? nieeeee, wolę coś Agatce kupić"?
p.s. Kupiłam Agatce pierwsze perfumy ;) Cieszę się z nich jak dziecko! :P
Na tę uroczystość wybrałam Agatce białą koszulę z kołnierzykiem oraz bardzo ładną wykonaną z grubej sztywnej bawełny spódniczkę z paskiem. Jak macie ochotę na coś fajnego, indywidualnego, na wymiar to zajrzyjcie do Pauliny tutaj. Spódniczkę akurat robiła jej siostra, za to jej mama dzieje piękne sweterki, a ona sama tworzy gumki i spinki :)
p.s. Z szacunku do pozostałych dzieci oraz ich rodziców musiałam zdjęcia dodaję celowo zamazane.
Ostatnio na blogach królują Mellis'ki. Wszyscy chwalą, podziwiają. Mi również spodobały się od pierwszego wejrzenia. Weszłam na podawane linki - patrzę, cena bez promocji około 230zł, czasem jak się trafi z promocją to i tak wydatek rzędu 150-180zł. Myślę sobie "ale, ale kobieto! Na jeden sezon buty z gumy za dwieście złotych???!!!" Jednak codziennie ktoś pisze, że kupił buciki Melissa Mini i że rewelacja, że miękkie, wygodne, dopasowane. W planach miałam sandały dla Agacinki, ale że lato deszczowe, często jesienne, to się powstrzymywałam. Więc gdy znalazłam słynne kotki w promocji postanowiłam kupić. Wzięłam o pół rozmiaru większe, by po lecie Agatka mogła w nich chodzić w przedszkolu. Ciężko było mi tylko dobrać odpowiedni rozmiar, bo niestety strony, które mają te obuwie na wyposażeniu zazwyczaj nie mają odnośnika rozmiaru do długości wkładki w cm. Więc zdecydowałam się na odbiór osobisty. Dobrze zrobiłam, bo gdyby buciki dotarły do domu, to zapewne narzekałabym, że mogłam wziąć rozmiar mniejsze, a okazało się po przymiarce, że rozmiar 24 jest na styk, a 25/26 jest z półcentymetrowym zapasem (tak jak powinno być prawidłowo w bucikach dziecięcych). Agatka jak założyła, tak już nie zdjęła. I już dwa dni z rzędu niezależnie od kreacji zakłada kotki :) Dodatkowo jest bardzo szczęśliwa, bo może je zakładać sama, bez mojej pomocy :) A jak pachną!
Buciki - Mini Melissa TUTAJ. W woreczku po butach Agatka postanowiła nosić swoje skarby ;)
Lubię te dwa zdjęcia z kolażu, bo Agatka wygląda na nich jak taka radosna nastolatka ;) :
A tutaj mała zapowiedź kolejnej zdobyczy :)
Koniec czerwca i lipiec to miesiące letnich wyprzedaży. Wszędzie widać zachęcające znaczki SALE. Łaaaa! Źrenice rosną, oczy wariują, nie wiedząc w którą stronę patrzeć, a portfel niestety nie bogaci się... Lipiec to dla nas czas urlopowy, więc swoje wolne złotówki zostawiamy na wakacje. Jednak nie zostajemy całkowicie odporni na przeceny. Udało nam się złapać kilka promocyjnych sztuk ;) Ale dzisiaj chciałam Wam pokazać nasz łup z nowej kolekcji Reserved. Gdy zobaczyłam tę bluzę, nie mogłam się oprzeć. Musiałam ją kupić mimo, że wisiała w dziale chłopięcym. Tym bardziej chętnie ją kupiłam, gdyż za tydzień jedziemy na wspomniany urlop do Norwegii, a podobno tam aktualnie temperatury nie przekraczają dwudziestu stopni. Wręcz przeciwnie, bliżej im pierwszej dziesiątki na termometrze. Zatem wyjątkowo do letniej walizki pakujemy bluzy i swetry, a nie sukienki.
I chociaż nie przepadam za stylem mocno sportowym w ubiorze Agatki, to ta bluza ma w sobie ten plus, że w zestawie z dżinsami, leginsami, a nawet letnią sukienką będzie wyglądała zawadiacko i uroczo. Zwłaszcza w przypadku dziewczynek! Plenerowo niestety nie szalejemy, bo u Agatki dalej numerem jeden jest hulajnoga...
p.s. żadna ze mnie stylistka, więc proszę nie brać na poważnie tego wpisu ;P nadal pozostajemy blogiem bardziej pamiętnikowym niż stylowym ;)
Było mnóstwo ludzi. Tłumy niesamowite! Duszno, ciasno, głośno, drogo. Chociaż i tak dzisiaj wspominam milej niż wczoraj.
Pewnie co drugi bloger(ka) opisze swoje emocje z Hush. Już zauważyłam na facebook'u i innych, że słowom uznania, emocjom i wspomnieniom nie ma końca. Nie wiem jak opiszą to inni ja mam mieszane uczucia, a wręcz jestem nieco zawiedziona.
Już na skrzyżowaniu przy wjeździe na parking zauważyliśmy, że ludzi wjeżdża dość sporo. Wjeżdżamy i my. Organizacja i oznaczenie dojścia na targi bardzo dobre, zero problemu ze znalezieniem odpowiedniego piętra i miejsca. Jednak jak już weszliśmy na główną salę, to szczerze mówiąc po pięciu minutach mi się odechciało. Tłumy takie, że trzeba było trzymać się za ręce, żeby się nie pogubić. Gdy tylko pierwsze próbowało zerknąć na którekolwiek stanowisko, drugie się już gubiło. Stoiska były tak oblegane przez gapiów i potencjalnych klientów, że dostać się i spokojnie zobaczyć cokolwiek było nie lada wyzwaniem. Małe odległości pomiędzy stanowiskami nie ułatwiały sprawy. Nie lubię takich sytuacji, kiedy usilnie muszę przepychać się z innymi przepraszając tłumy aby dostać się do celu. Tata T. też nie był zachwycony więc większość sali przeszliśmy zerkając tylko na to co dostępne dla oka bez zatrzymywania się, bo to groziło staranowaniem. Współczuję kobietom w zaawansowanych ciążach, a było ich tam naprawdę bardzo dużo. Nie wiem też, czy ilość ludzi, czy to brak klimatyzacji był powodem strasznej duchoty.
Gdy doszliśmy na dziecięcy dział, który był moim głównym celem, Tata zabrał Agacinkę na lody, żebym ja mogła sobie spokojnie obejść bez zamartwiania się o moich towarzyszy, a oni bez nerwów odpocząć w spokojniejszym miejscu. Potem wrócili na przymiarki ;) Praktycznie przy każdym stoisku spotkałam się z bardzo miłą obsługą właścicieli firm lub ich przedstawicieli. Opowiadali o swoich produktach, o wykonaniu ubranek, tudzież innych produktów, odpowiadali na pytania, dzielili się wrażeniami. Wszystko z uśmiechem na twarzy, z ciepłem w głosie.
70% marek była mi już znana dużo wcześniej, jednak moje największe odkrycie tego dnia to firma Grain de chic. Założycielki tej firmy zakochane w Paryżu przenoszą modę z najmłodszych ich mieszkańców do Polski. Sukienki, tuniczki, bluzeczki - rewelacja. Zakochałam się. Jeszcze na to lato planuję kupić Agatce przynajmniej dwie sukieneczki z ich kolekcji. Agatka po otrzymaniu od Pani ulotki, na której w roli modelki jest jej córka stwierdziła "To moja kolezanka!" :)
Podeszłam do większości stanowisk (w dziecięcym tłumy były duuuużo mniejsze), nawet jeśli znałam firmę z internetu postanowiłam sprawdzić jakość, rozmiary etc. Jest kilka firm, którymi się zawiodłam. Reklamowane są na blogach i innych stronach z mega rozmachem, a jednak moim zdaniem większość ich produktów nie warta jest takich cen. Lekko znudzona szarymi dresowymi formami kierowałam się bardziej ku kolorom, ale kolorowego nic nie kupiłam prócz gumek i spinek Kollale ;) Z Kollale to natomiast u mnie jest tak, jak z chlebem w sklepie spożywczym - produkt obowiązkowy. Gumki są bardzo wytrzymałe i to sobie najbardziej cenię. Nienawidzę pękających, urywających i strzępiących się gumek do włosów. I mimo, że cena jak za akcesoria do włosów nie jest mała, to jednak z biegiem czasu okazuje się, że z całego pudła spinek i gumek to Kollale są najbardziej warte swojej ceny.
Kids on the moon. Mam z nimi ciekawą historię. Z całego asortymentu, przeglądając stronę www, podobało mi się tylko kilka rzeczy. Do wczoraj. Okazało się bowiem, że podoba mi się wszystko ;) Najbardziej kombinezon, który spodobał się też i Tatusiowi i Agatce. Szybka przymiarka, wybór koloru i mamy go w swojej szafie! :) Kostium prawidłowo powinien być z nogawką 3/4 , ale ja wzięłam o rozmiar większy i teraz Agatka ma nogawki do kostek, a w następnym roku będą takie jak przewidział projektant ;)
Miałam też okazję porozmawiać z bardzo miłą Panią z Uszyto dla... Byłam zachwycona jej ubrankami. Niestety Agatka, która nienawidzi przymierzać ubrań pozwoliła na tylko jedną przymiarkę sukienki, która nie leżała na niej zbyt dobrze i resztę musiałam sobie odpuścić. Zostają mi więc zakupy on-line ;)
Wszystkich stanowisk nie będę opisywać, na pewno temat Hush będzie jeszcze długo na językach to dowiecie się od innych. Poza tym ja zaliczyłam całe targi jako zwykły klient. Nie mam i nie zawierałam głębszych znajomości ze sprzedawcami. Nikomu nie mówiłam, że prowadzę blog. Nie jestem nawet idealnym klientem dla nich, bo nie stać mnie, by od każdego z nich z każdej kolekcji kupić cokolwiek. Nie oszukujmy się, wszystkie firmy, które były na Hush ceny mają dość wygórowane. Ja już nieco oswojona z cennikami nie wzruszałam się tak mocno metkami, natomiast Tata T. był w wielkim szoku, gdy słyszał, że za sukienkę, czy spodenki (dla Agatki) ma zapłacić 110-160zł. W dodatku z tego co zauważyłam, to żadna z prezentujących się firm nie miała reklamówek ani toreb do pakowania swoich produktów klientom, jak dla mnie to skandal. Ludzie chodzili z zakupionym towarem w ręku. Nie mówi to najlepiej o szacunku producenta do klienta...
Ogólnie powiem tak: taki szaraczek jak ja mógł sobie tylko w większości pochodzić i popatrzeć. Ewentualnie zakupić jedną czy dwie rzeczy z przygotowanych 250zł na wydatki targowe. Zadowolona jestem z faktu, że wiem teraz jaką jakość prezentują firmy i wiem, że na niektóre z nich warto wydać te 120zł/szt.
Jednak jednogłośnie całą trójką mówimy, że najprzyjemniejszą częścią tego wyjazdu był czas spędzony na trybunach stadionu :) Wybierzemy się tam jeszcze raz, ale wtedy, kiedy będzie faktycznie cicho i spokojnie ;)