środa, 19 grudnia 2012

Ta ostatnia niedziela.... o ile nie będzie końca świata ;)

W naszych wiankach adwentowych pozostały ostatnie niezapalone świece. Czekają na czwartą niedzielę adwentową. Tak się składa, że w tym roku jest to przeddzień Wigilii. Można by rzec wigilia Wigilii (a to wymyśliłam!). W tę niedzielę zapaliłam dwie świece, bo poprzedniej niedzieli zapomniałam o nich. Ot, tak przedstawia się mój tegoroczny adwentowy zapał :P Byle jak.

Mimo, że nie piekę  nie szaleję z porządkami przedświątecznymi, to i tak nie mam czasu na zaglądanie do wszystkich blogów, a z listy widzę, że dużo mnie omija. Nadrobię w Święta, chociaż też może być to nieco trudne, bo będziemy chcieli jak najwięcej czasu spędzić z bliskimi. W każdym razie Beti, Tobie chciałam podziękować za zaproszenie mnie do przedświątecznej zabawy :) Jutro postaram się sprostać zadaniu ;)
Tak w ogóle to u Was wzmianki o piernikach, ciasteczkach, bigosach i innych świątecznych pysznościach, a u mnie zwykłe jadło - na jutro ugotowałam ogórkową ;) Wyszła przepyszna!
Za to miałam dziś dzień poszukiwania prezentów. Wiem, wiem to ostatni dzwonek, ale same wiecie, że ostatnio miałam niezłe perypetie i nie miałam na to czasu i głowy. Za to dziś o mało nie dostałam oczopląsu i nerwicy z cholerą razem wziętą. Nienawidzę kupować prezentów świątecznych!!! Zwłaszcza, gdy nie wiem jakie kto ma marzenia, zachcianki, gust etc. W tym roku w ogóle nie mam weny twórczej. I w sumie jutro czeka mnie poszukiwanie prezentów PART 2 Wrrrr :/
Ostatnia świeczka.
Z pozdrowieniami Gosia - Ruzia

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tata

Nie umiałabym i nigdy nie chciałabym zastępować Agatce Taty. Obecna sytuacja, kilkutygodniowy brak taty w domu, sprawia jednak, że musiałam przejąć rolę wychowawczą w pełnym wymiarze. Jakoś w miarę mi to wychodzi, mimo kilku przeciwności w miarę sobie ze wszystkim radzę. Jedynie tęsknię mocno i każdy dzień to dla mnie bardzo duża strata, bo życie zbyt krótkie jest by w pełni nacieszyć się bliskimi. I mimo, że zawsze staraliśmy się by praca nas nie rozdzielała to jednak musiało to nastąpić. Moją tęsknotę wyrażam głośno i oficjalnie, wszak to miłość moja, a ja nigdy się uczuć nie wstydzę, nie boję... Myślałam, że tylko ja tęsknię. Myślałam, że dostarczam Agatce tyle wrażeń, uwagi i czułości, że nieobecność Taty jest jej zrekompensowana. Ona sama nie wykazywała do tej pory dużego zainteresowania nieobecnością Taty, jego telefonami, moimi wspominkami o nim. Pytałam, ona krótko odpowiadała. Jasno, rzeczowo. A że rozgadana jest okropnie, to krótkie zainteresowanie tematem było dla mnie sygnałem, że nie tęskni aż tak bardzo. "Dobrze" myślałam. Cieszyłam się. Nie chciałam, by brak Taty powodował u niej najmniejszy smutek. Ależ się myliłam... Ale byłam ślepa... Tak bardzo dałam się zwieść pozorom... Ale ona taka dzielna była. Nie dawała po sobie znać. Nic. Do ostatniej niedzieli.

Na weekend pojechałyśmy do mojej siostry, mamy Marcelka, który jest w wieku Agatki. Plan: ja sobie porozmawiam, odpocznę od domowej samotności, Agatka się pobawi z Marcelkiem. Przepadają za sobą. Tym razem jakaś niezgoda między nimi panowała. W sobotę jeszcze jakoś im szło. Niedziela upływała w złości, wzajemnym przekrzykiwaniu się, wydzieraniu zabawek z rąk i robieniu sobie na złość. Agatka chodziła smętna, na wszystkich obrażona, co chwilę fochem zarzucała. Marcelek rozszalał się na dobre. Agatka mu towarzyszyć nie chciała, więc tata Marcelka towarzyszył mu w zabawie. Siedziałam na krześle. Agatka wgramoliła się. Ustała obok, przewiesiła przez oparcie. Patrzy. Obserwuje. Nagle odwraca się przyciąga rączkami moją twarz w swoim kierunku i mówi "Agatkę Tata też kocha". Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Trząść się zaczęłam, jak to u mnie przy nerwach bywa. Zatkało mi gardło. Przytuliłam moje Serce do siebie mocno i zapewniłam szybko, "Oczywiście Skarbie, że Tata Cię kocha! Bardzo mocno Cię kocha! Już niedługo przyjedzie i będzie się z Tobą bawił".  Ona jeszcze raz zerknęła. Postała i przytuliła mnie mówiąc: "KAWA CIĘ MAMA" (tłum. Kocham Cię Mamo". Serce moje radosne i szczęśliwe od jej słów jednak krwawiło. Oczy się zaszkliły i oddech taki cięższy się zrobił.

Nie miałam ochoty zostać tam dłużej. I (przepraszam Siostra, że to piszę, ale...) żałowałam, że tam pojechałam. Żałowałam, że nie przewidziałam takiej sytuacji. Żałowałam, że pozwoliłam jej tak zatęsknić. Żałowałam, że nie uchroniłam jej serduszka od tego paskudnego uczucia. Jestem jej tarczą. A jednak nie mogę jej uchronić od wszystkiego...

Nie była to już miła niedziela. Mimo, że Agatka się rozpogodziła to mi smutek pozostał. Tęsknota moja osobista wzrosła niemiłosiernie. I takie poczucie bezradności i nieporadności we mnie tkwiło.

Dostarczam jej wszystkiego co tylko z siebie wykrzesać mogę. Staram się stworzyć jej świat najpiękniejszy, w jakim mogła się znaleźć. Taty jej nie zastąpię. To podczas zabawy z Tatą, w domu rozbrzmiewa najgłośniejszy jej śmiech. To on ją tarmosi, wygina, łaskocze do utraty tchu, to on najlepiej udaje Tygrysa, to on wywoła uśmiech mówiąc "Idzie robak, idzie robak...". To z nim zabawy mimo, że nieostrożne to najlepsze. To on wymyśla najlepsze bajki. To on najlepiej myje głowę, bo włosy są potem najbardziej puszyste :)

I mimo, że jak w każdym małżeństwie są i gorsze i lepsze dni, to nigdy nie pozwoliłabym, żeby nasze drogi się rozeszły, bo kocham moją rodzinę całym sercem. Moja rodzina to my razem. Nigdy nie bylibyśmy szczęśliwi bez siebie nawzajem. I codziennie dziękuję Bogu jednocześnie prosząc, by nigdy nam tego szczęścia nie odebrał. Bo chodź życie podcina nam skrzydła, to prawdziwe szczęście nam sprzyja. Bo mieć taką rodzinę to nie trzeba domu z basenem, nie trzeba pierścionków wysadzanych diamentami, nie trzeba sytego konta i nowego auta. Na biwak pojedziemy tym starym gruchotem, na chleb nam wystarczy, a dom chodź nie nasz, to nasze głowy chroni. Jeśli tylko zostaniemy zdrowiem obdarzeni, to z resztą sami sobie poradzimy. I tęsknotę też przetrwamy, bo miłość jest w nas największa i największą siłę ma...

DSC_1002 DSC_0081 295854_2166215950065_1095499461_n DSC_0916 IMG_8583jpg_


IMG_8769jpg_

czwartek, 13 grudnia 2012

Czekamy...

wszyscy czekają, taki okres. Za dziesięć dni Wigilia i wszyscy na nią czekają. My jednak czekamy nie koniecznie na same święta... Czekamy na Tatę. Miał przyjechać tydzień temu. Tak zresztą ustaliliśmy, że będzie przyjeżdżał co tydzień. Jednak dom klienta muszą wykończyć do świąt, więc "pili się" i takim sposobem został na weekend w Warszawie. Miał przyjechać na ten weekend, jednak znowu nie pasi, bo przecież musiałby pojechać w poniedziałek, a w czwartek już wracać, na święta. Więc następny weekend osobno... I takim sposobem spotkamy się po trzech tygodniach przed samymi świętami. Pierwszy raz mamy taką sytuację przed  Świętami BN. Jednak jak wiadomo, zawsze musi być ten pierwszy raz ble ble ble.

Święta w tym roku przyszły dla mnie zdecydowanie za szybko. Mam wrażenie, że gdzieś zgubiłam jeden miesiąc. Śnieg leży, w radio bębnią, wszędzie widać i słychać, że święta. A ja nie czuję. Nie cieszą mnie też. Bardzo mnie to martwi, bo skoro ja tego nie czuję, to jak mam przekazać dobrą i wesołą energię świąt swojemu dziecku? Zawsze marzyłam, żeby Agatka czuła ten nastrój, zapachy, kolory tak inne niż zawsze, tak wyjątkowe, specyficzne i charakterystyczne. Żeby za kilkanaście lat, kiedy już wyfrunie z rodzinnego gniazda i będzie gnała na Wigilię do nas - rodziców, to głowa jej załadowana będzie właśnie tymi zapachami, tymi migawkami obrazów i uczuć z dziecięcych lat, które będą jej po kolei przypominać rok za rokiem, każdą Wigilię z osobna, każdy poranek świąteczny i ten okres przedświąteczny. Tylko jak, skoro święta tuż tuż, a Mama taka nieświąteczna. Skąd jak nie ode mnie ma się dowiedzieć, że to inny czas. Taki wyjątkowy i szczęśliwy? I może właśnie w tym tkwi problem? Może przez te ostatnie nasze nieprzyjemne zdarzenia umknęła nam ta radość z oczekiwania? Prawdę mówiąc ja nawet nie mam kiedy pomyśleć za bardzo o świętach. Ciągle jest coś do załatwienia, zrobienia, pamiętania, tylko, że nic nie dotyczy samych świąt. I w dodatku nie ma Taty :( I my tak same w takiej tęsknocie...

Chyba w następnym roku zostaniemy na święta u siebie, tak by było co planować, szykować, piec, gotować, by było zamieszanie i oczekiwanie na gości, na choinkę, na lampki, na sianko, na Wigilię, na poranek Bożonarodzeniowy, na bałagan poświąteczny i chwilę oddechu między kawałkiem makowca a łykiem barszczyku...

...hmm przecież to samo czeka nas na Mazurach. Więc w czym tkwi problem? Najgorzej, że źle mi z tym i nieswojo. Zawsze o tej porze miałam nagonkę na prezenty, na świąteczne porządki. Lista zakupów, dań i przepisy pod ręką. I nawet szczegółowa lista z dokładnością co do minuty na dzień 23 i 24 grudzień, tak by zdążyć na czas ze wszystkim...

I jeszcze przeziębienie mnie dopadło!